Koniec rajów podatkowych oczami rządu – wyjaśniamy nowe propozycje podatkowe premiera

Prezentując kolejne propozycje budowania przez rząd tzw. Tarczy Antykryzysowej, Mateusz Morawiecki wskazał na jednoznaczne od lat stanowisko polskich władz na arenie Unii Europejskiej. Musi zadziać się to, co powtarzamy jak Katon o Kartaginie – koniec z rajami podatkowymi. Polska mówi o tym głośno od kilku lat, od kiedy rządzi PiS. Raje podatkowe są wielkim ubytkiem środków dla wszystkich krajów, bogatszych i biedniejszych. To mechanizm, poprzez który bogaci ludzie i firmy rozliczają się w państwach takich jak Szwajcaria, Lichtenstein czy Cypr. Chcemy świata bez rajów podatkowych. Chcemy spowodować, żeby w budżecie państw i UE były nowe środki na walkę z koronawirusem (Mateusz Morawiecki
6 kwietnia 2020). Oprócz jedności UE i konieczności budowy wspólnego unijnego funduszu, który wspomoże państwa członkowskie w walce ze skutkami epidemii premier jednoznacznie wyraził się również o propozycji dodatkowego opodatkowania.

Musimy wrócić do naszych poprzednich pomysłów, takich jak podatek cyfrowy, podatek od transakcji finansowych, podatek od śladu węglowego czy podatek od wielkich korporacji międzynarodowych. To są pomysły, dzięki którym do budżetu UE wpłynie nie 1 czy 2 mld euro, ale dziesiątki miliardów nowych środków na walkę z koronawirusem – takie propozycje podatkowe mogliśmy usłyszeć z ust premiera. Czym są przedstawione podatki? Kto poniesie ich koszt? Czy zostaną wprowadzone? Poniżej analizujemy poszczególne propozycje.

Ekologia w służbie gospodarce

Jako pierwszy z wymienionych przez premiera podatków omówmy podatek od śladu węglowego – jest to danina doliczana do ceny benzyny, gazu czy oleju w celu pokrycia kosztów negatywnych dla środowiska efektów użytkowania paliwa. Oznacza to, że ten podatek dotknąłby nas wszystkich poprzez wzrost ceny wymienionych surowców. Jednocześnie zyski uzyskane z podatku od śladu węglowego mogłyby wspomóc polski budżet w kosztach Tarczy Antykryzysowej. Zagadnienie podatku od śladu węglowego jest podnoszone przez Unię Europejską już od 2011 roku, jednak bez większych sukcesów dotychczas. Część państw wprowadziła go samodzielnie, np. Holandia czy Szwecja. Wprowadzanie go wyłącznie w Polsce nie miałoby żadnego sensu z punktu widzenia polskiej polityki klimatycznej. Dlatego też kilka miesięcy temu propozycja podatku od śladu węglowego była podnoszona na forum unijnym właśnie przez Polskę, jednak wtedy kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała twarde nie dla tego rodzaju daniny. Obecnie w obliczu pandemii koronawirusa premier Morawiecki zdaje się liczyć na to, że tym razem Unia zmieni zdanie w obliczu ekstraordynaryjnej sytuacji.

Kiedy w biznes wchodzi polityka

Kolejna propozycja Morawieckiego – podatek cyfrowy pojawił się na forum Unii Europejskiej już jakiś czas temu. Pomimo, że Unia nie podjęła konkretnych kroków w tej sprawie, część państw członkowskich wzięła tę kwestię w swoje ręce. Przykładem jest Wielka Brytania, która będąc jeszcze członkiem UE samodzielnie wprowadziła digital tax. Również Polska podjęła takie próby, jednak zakończyły się one fiaskiem, do czego za chwilę wrócimy.

Podatek cyfrowy to danina obciążająca usługi cyfrowe największych korporacji i dostawców na świecie, takich jak: YouTube, Facebook, Google, Amazon, Netflix. Jest płacona od usług jakie te firmy oferują i na których zarabiają, np. reklamy online, streaming video, biblioteka filmów i seriali (VOD).

Przewidywane wpływy z takiego podatku we wszystkich unijnych państwach mogłyby znacząco wzmacniać krajowe budżety. Również Polska jakiś czas temu ochoczo podjęła temat digital tax. Zgodnie z wyliczeniami polskiego rządu sprzed kilku miesięcy nasz budżet miał zyskać na tym podatku średnio 1 mld zł rocznie. Opodatkowaniem objęte miały być firmy oferujące usługi takie jak streaming online, VOD, reklamy online oraz streaming muzyki.

Pomimo śmiałych wyliczeń i odważnych zapowiedzi podatek nie został w Polsce wprowadzony. Dlaczego tak się stało? Jak możemy przeczytać, podatek cyfrowy uderzałby w głównej mierze w firmy zagraniczne takie jak Facebook, czy Google. Spółki te mają pewną wspólną cechę, którą jest pochodzenie. Są to firmy amerykańskie i jak łatwo się domyślić próba ich opodatkowania wzbudziła silny opór amerykańskich władz. Podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej w Polsce przebywał wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence. Z jego wizyty do mediów przebiła się w zasadzie tylko jedna wypowiedź – ta, w której amerykański polityk poinformował, że Polska nie wprowadzi podatku cyfrowego. Od tego czasu polscy politycy dementowali jakoby pracowali nad rozwiązaniem jakim miałby być podatek od usług cyfrowych jednocześnie zaznaczając, że Amerykanie nie wywierali w tym zakresie żadnych nacisków. Ciężko jednak nie snuć domysłów. Wiadomo nie od dziś, że kluczowym państwem w polityce zagranicznej obecnego rządu są właśnie Stany Zjednoczone. Uderzenie w amerykańskie firmy poprzez podatek cyfrowy mogłoby znacząco pogorszyć ten strategiczny obecnie dla polskich rządzących sojusz. Nie da się ukryć, że głośny pomysł digital tax zniknął w jednej chwili po wizycie w Polsce amerykańskiego polityka.

Dziś powraca znowu w propozycjach premiera. Tym razem Morawiecki podkreśla, że podatek cyfrowy powinien być obszarem prac Unii Europejskiej, a nie bezpośrednio krajów członkowskich. Być może rząd liczy na to, że przekazanie tego rozwiązania na stopień unijny zdejmie ciężar dyplomatycznych decyzji z Polski. Czy jednak Unia odważy się wprowadzić takie rozwiązanie pomimo amerykańskiego oporu? Wypowiedzi unijnych polityków w żaden sposób na to nie wskazują.

Alternatywa wobec podatku cyfrowego?

Obok propozycji podatku cyfrowego Mateusz Morawiecki wspomniał również o podatku od wielkich międzynarodowych korporacji. Chodzi tutaj o te same firmy, które wymieniliśmy wcześniej, czyli między innymi Google, Facebook czy Amazon. W przypadku przedstawionych firm, mimo że świadczą one usługi w naszym państwie (niemal każdy z nas w Polsce korzysta z Google, czy Facebooka), to nie płacą one podatku dochodowego tak jak każda inna firma działająca na obszarze naszego kraju. Dzieje się tak, ponieważ te firmy nie posiadają swoich filii, ani oddziałów zarejestrowanych w Polsce, a cyfrowo są w stanie świadczyć tutaj swoje usługi. Taki problem dotyka nie tylko Polski, ale również innych państw europejskich. W ich obronie stanęła OECD, która uznała, że takie traktowanie państw członkowskich ze strony międzynarodowych korporacji jest nieuczciwie i wymaga uregulowania. Jednocześnie OECD proponuje wprowadzenie jednego międzynarodowego podatku dochodowego dla wielkich korporacji, którego wpływy byłyby sprawiedliwie dzielone pomiędzy państwa, w których te firmy funkcjonują. Warto zaznaczyć, że same korporacje pozytywnie wypowiadają się o takiej propozycji, jednak pod jednym warunkiem. Taki podatek miałby kategorycznie wykluczać możliwość wprowadzenia podatku cyfrowego.

W swoim wystąpieniu premier Morawiecki wspomniał zarówno o podatku cyfrowym jak i podatku od międzynarodowych korporacji. Ciężko wywnioskować, czy chodziło mu o obydwie propozycje naraz, czy wymieniał jedynie kilka alternatyw. Trudno również z jego wypowiedzi odgadnąć, czy, gdy mówił o propozycji podatku od wielkich korporacji, chodziło mu właśnie o to rozwiązanie zaproponowane na forum OECD, czy miał na myśli inną koncepcję. Jednak analogicznie do podatku cyfrowego można się spodziewać, że samodzielna próba wprowadzenia podatku od międzynarodowych korporacji wzbudziłaby sprzeciw po drugiej stronie Oceanu. Jak sami zainteresowani wskazali, są gotowi przyjąć podatek od wielkich korporacji, jeżeli będzie on ogólną regulacją stosowaną przez wszystkie kraje, a nie indywidualnymi działaniami poszczególnych państw.

Państwo kontra biznesowi giganci

Podatek od transakcji finansowych (FTT) oraz podatek od wielkich międzynarodowych korporacji. Zgodnie z rekomendacją Komisji Europejskiej podatek od transakcji finansowych miałby objąć całą strefę euro. Jest to kolejne podejście UE do podatku od transakcji. Dotychczas zawsze kończyły się one sprzeciwem któregoś z państw.

W krajach anglosaskich FTT nazywa się ,,podatkiem Robin Hooda”, gdyż docelowo ma zabierać pieniądze bogatym i dawać biednym. Jednak zdaniem przeciwników tego opodatkowania, FTT równomiernie destabilizuje gospodarkę dla wszystkich. Dzieje się tak, ponieważ państwo, wprowadzając FTT, powoduje ucieczkę kapitału za granicę i zniechęca do inwestycji. Zgodnie z założeniem Tobina – twórcy koncepcji tego podatku, ma on sens tylko wtedy, gdy jednocześnie wprowadzi go kilka państw liczących się na międzynarodowym rynku. Na czym polega ten rodzaj opodatkowania?

Duże korporacje musiałyby płacić podatek od transakcji na rynku finansowym, co ma w zamyśle ograniczyć spekulacje, zmniejszać ryzyko kryzysów finansowych i dorzucić trochę pieniędzy do budżetów państw.

Unia Europejska już kilkukrotnie podchodziła to prób wprowadzenia FTT, jednak zawsze kończyło się to oporem któregoś z państw członkowskich. Niektóre kraje, np. Węgry czy Francja wprowadziły opodatkowanie od transakcji finansowych, nie czekając na organy unijne. Tutaj jednak potwierdziła się koncepcja Tobina – działając samodzielnie FTT zamiast zysków przyniósł straty. Według Tax Policy Center spadek obrotów na paryskiej giełdzie był efektem ucieczki kapitału za granicę w celu uniknięcia podatku FTT.

Czy wobec tego Polska również zdecyduje się na taki ruch? Ze słów szefa rządu wynika raczej, że jego ideą jest raczej podnoszenie i przypominanie koncepcji FTT na forum unijnym aniżeli jego wprowadzanie do kraju na własną rękę. Analizując założenia twórcy tego podatku oraz reakcje rynku w krajach, które samodzielnie podeszły do podatku od transakcji finansowych, można założyć, że tylko w takim ujęciu mowa o FTT ma jakikolwiek sens.

Apelowanie do Unii?

Analizując ogół i kontekst przemówienia premiera Morawieckiego można wysnuć prosty wniosek. Wspomniane przez niego rozwiązania podatkowe to nie jest plan działania polskiego rządu, ale apel do Unii Europejskiej o wprowadzenie postulowanych rozwiązań.

Próba samodzielnego wprowadzenia przez Polskę podatku cyfrowego lub podatku wielkich korporacji najprawdopodobniej znowu spotkałaby się z silnym oporem amerykańskiego biznesu oraz władzy. Polityka zagraniczna rządu stawiająca w ogromnym stopniu na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi nie pozwala na konflikt z amerykańskim sojusznikiem na tym polu. Podatek od śladu węglowego wprowadzony samodzielnie przez Polskę nakazywałby zastanowienie i poddawałby pod wątpliwość dotychczasową politykę klimatyczną naszego państwa. Zaś podatek od transakcji finansowych, jak opisaliśmy wcześniej, przynosi sens jedynie wtedy, gdy zostanie potraktowany całościowo przez większą grupę państw.

Wobec tego możemy uspokoić polityków, którzy podnoszą, że w świetle kryzysu rząd planuje kolejne podatki. Propozycje wskazane przez premiera mają sens tylko wtedy, gdy zostaną rozpatrzone na całym forum unijnym, inaczej ich wprowadzenie wydaje się mało realne lub będzie po prostu nieskuteczne.

Czy UE przychyli się do głosu polskiego rządu? Dotychczas wszystkie opisane propozycje organy Unii zamroziły. Wielokrotnie dyskusje na temat przedstawionych podatków ostatecznie były blokowane przez organy Unii bądź poszczególne państwa członkowskie. Tym razem stoimy jednak w obliczu ogromnego gospodarczego spowolnienia. Czy w takim razie Unia zmieni swój kurs? Tego nie wiemy, z całą pewnością wiemy jednak, że przedstawione przez premiera Morawieckiego pomysły będą coraz głośniej na forum unijne wracały.

Materiał powstał dzięki dofinansowaniu z NIW-CRSO w ramach programu PROO

You Might Also Like